WSPOMNIENIA

md

Przepracowałam - z przerwami na chorobę – w Dziewiętnastce dwadzieścia parę lat. Moje wspomnienia nie będą bardzo spójne, bo chcę przywołać anegdoty pokazujące uczniów. W końcu szkoła to uczniowie i nauczyciele. Oczywiście jakiś program, który wcale nie musi być zapisany. Nawet podręczniki nie są konieczne. Przecież w czasie II wojny światowej młodzież się uczyła, zdawała maturę, a najstarsi nie siedzieli w ławkach, bo lekcje odbywały się w mieszkaniach. Nie było też obudowy urzędniczej – wizytatorów, sprawozdań. Kiedy zaczęłam pracę w XIX LO, siłą rozpędu po zmianach w 1989 roku, wydawało się, że urzędnicy gdzieś zniknęli. Szkoła realizowała program autorski i o tym, czego i jak się uczymy oraz o wielu innych sprawach – np. finansowych – decydowano na miejscu. Ale po paru latach wszystko zaczęło się zmieniać. Już wcześniej były narzekania władz, że uczymy za drogo. To było ważniejsze niż dobre efekty pracy. Ostatecznie program autorski pogrążyła reforma wprowadzająca trzyletnie gimnazjum po sześcioklasowej podstawówce. A samorządność szkoły była stopniowo ograniczana przez polityków.

Przez czas pracy w Dziewiętnastce obserwowałam nie tylko zmiany polityczne, wpływające na życie szkoły, ale kolejne reformy – czasem robione „z poniedziałku na wtorek” - oraz rozwój techniki komputerowej. Też bardzo istotny dla pracy szkoły. Ale o komputerach będzie dalej!

Kiedy zaczęłam pracować w Dziewiętnastce, liczyłam się z tym, że dostanę wychowawstwo. I tak się stało, tyle że nie była to pierwsza klasa – jak się spodziewałam – ale druga. Nie było to ostatecznie takie złe, bo nie znałam jeszcze dobrze szkoły i moi wychowankowie podzielili się ze mną swoją wiedzą. Co prawda w taki sposób opisali mi swoją nauczycielkę niemieckiego, że zupełnie nie mogłam się zorientować, która to pani. Dopiero informacja, że „pierwsza przychodzi do szkoły”, od razu wyjaśniła sprawę.

Klasa była nieliczna. Pewnie nie wymienię wszystkich, ale pamiętam Alberta (zrobił doktorat, teraz pewnie już habilitację), Kubę - artystę muzyka (byłam na jego występie, grał na waltorni), Iwonę (miała kiedyś swój program w telewizji), Olę (już w szkole pracowała w TVN), Kardasię, Gonza (to dziewczynka, pamiętam jej „ksywkę”, imię mi umknęło), Adama, pięknie śpiewającą Anię, Martę Al Amin. Marto! Przepraszam, że wymieniam Twoje nazwisko, ale to ty mnie przekonałaś do poprawności politycznej, towarzyszyłaś mi na klasowej wycieczce i naprawdę miło Cię wspominam. Poprawność polityczna dotyczyła używania słów „Murzyn i Murzynek”. Zdziwiłam się, że kogoś rażą (to był początek walki o poprawność polityczną). Wtedy przywołałaś wspomnienie swojego taty, który pochodził z Erytrei. Opowiedział, że jako student był na spotkaniu w podstawówce i zrobiło mu się bardzo przykro, kiedy dzieci – pewnie w najlepszej wierze – recytowały wiersz Tuwima Murzynek Bambo. Pamiętam to do tej pory. I wyciągnęłam wnioski!

Swoją pierwszą w naszej szkole klasę wychowawczą pamiętam dobrze również dlatego, że był to rocznik mojej córki. Wtedy uczennicy II klasy liceum, tzw. „Władka”. Dzięki temu, że przychodziłam na uniwersytet, kiedy zdawała egzaminy wstępne (tak, tak, jeszcze obowiązywały!), dowiadywałam się, jak idzie moim wychowankom. Po jakimś teście pisanym przez wszystkich humanistów, Albercik wyszedł i radośnie mi oznajmił: „Pani profesor, Ola (nie ta z mojej klasy) siedziała za pani córką. Wszystko od niej przepisała!”.

Byłam z moją klasą na wycieczce w Stawisku, w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Po cichu wiele razy zwracałam dzieciom uwagę, że mają się odpowiednio zachowywać. Jakież było moje zdumienie, gdy pani oprowadzająca pożegnała nas słowami: „Jaka to kulturalna młodzież”. Ja uważałam ich zachowanie po prostu za normalne. Okazało się, że się myliłam. Mój kolega uczący w technikum opowiedział mi, jak całą jego klasę wyproszono z muzeum z powodu złego zachowania. Jeszcze nieraz w różnych muzeach chwalono nasze klasy, że nie tylko kulturalnie się zachowują, ale także są zainteresowane i zadają inteligentne pytania. Kiedyś w Muzeum Narodowym jedna z prowadzących lekcje muzealne wyraziła żal, że tym razem będzie miała do czynienia z inną szkołą, bo „gdyby wiedziała, że przyjdą uczniowie z XIX LO, to by się zamieniła”.

Teraz przesłanie do obecnych uczniów: nie psujcie opinii waszej szkole!

W pierwszym roku mojej pracy uczyłam dwie pierwsze klasy: klasę A, najlepszą spośród pierwszych (bo z dwoma językami zachodnimi) oraz klasę D, z przewagą chłopców.

Z klasy A zapamiętałam wiele osób, ale najlepiej Karolinkę, która często podnosiła rękę i pytała: „Czy mogę zadać pytanie?” I dopiero po udzieleniu przeze mnie zgody zadawała właściwe pytanie. Po kilku razach poprosiłam, żeby od razu przechodziła do rzeczy. Najlepiej zapamiętałam pytanie zadane po przeczytaniu ballady Mickiewicza „Świteź”. Utwór opisywał sytuację, kiedy po opuszczeniu grodu przez władcę pozostali tam „starcy, dziewice i drobne dzieci”. Na końcu Mickiewicz pisze: „to są małżonki i córki Świtezi, które Bóg zamienił w zioła” (żeby ukarać napastników, którzy po zerwaniu ziół umierali). I wtedy padło pytanie od Karolinki: „Pani profesor, a co ze starcami?” Do dziś mnie to bawi. Ale dla ścisłości muszę dodać, iż Karolinka była bardzo dobrą uczennicą.

Sporo świetnie się uczących dziewczynek z tej klasy trafiło do mojej grupy B (podstawowej) z języka polskiego w III klasie. Stało się to za sprawą kolegi Charytonowicza (ksywa Chary), który spytał, kogo chcę mieć w grupie. Zrobił, jak prosiłam, ale drugą połowę grupy stanowili zwani przeze mnie „chłopcy od Charego” oraz dwie panienki. Ja mówiłam o nich „Wesołe Misie” (zaraz wyjaśnię, dlaczego), a moi uczniowie „Pamelki”. To ostatnie przez skojarzenie z aktorką Pamelą Anderson (serial Słoneczny patrol, przystojna blondynka o pięknym biuście). „Wesołe Misie”, bo kiedyś na lekcji przyłapałam dziewczyny na malowaniu kolorowanki dla dzieci właśnie tak zatytułowanej. Chyba nie były specjalnie zainteresowane moim przedmiotem! Nb. podział tej grupy na prymuski i resztę zauważyła zaprzyjaźniona dyrektorka sekcji polskiej międzynarodowej szkoły w Lyonie, którą zaprosiłam na lekcję. Temat dotyczył trudnego utworu, bo Nie-Boskiej komedii Krasińskiego. Postanowiłam, że nie będę pytać ani najlepszych, ani najgorszych, ale tych, którzy zgłoszą się sami. I po lekcji Joanna (owa dyrektorka) zauważyła, że „ci pod ścianą jakoś nic nie mówili”. Kiedy wyraziłam Charemu ubolewanie z powodu obecności w grupie jego chłopców mało zainteresowanych przedmiotem, rozłożył ręce i powiedział rozbrajająco: „A komu ja ich oddam”.

Kiedy realizowaliśmy program autorski, tradycją były wycieczki dydaktyczne do Krakowa. Byłam na takiej wycieczce z grupą A z polskiego (poziom rozszerzony), a koleżanka zabrała grupę A z historii. W grupie historycznej były osoby mi nieznane. Zgodnie z planem do Collegium Maius najpierw weszli historycy, a potem mieli to zrobić poloniści. Bardzo się zdziwiłam, kiedy na zbiórce moich uczniów pojawił się nieznany młody człowiek. Zapytałam, dlaczego nie wszedł ze swoją grupą i usłyszałam: „To nie jest moja grupa”. Moje pytanie: „Skąd się tu wziąłeś?” wywołało dziką radość chłopców z mojej klasy, a młody człowiek odparł, że po prostu zapisał się na wycieczkę u Marty. I nikt nie wiedział, dlaczego nie ma go w szkole!

Z kolei na wycieczce dydaktycznej z inną grupą A zauważyłam ucznia, którego nie posądzałam o zainteresowania humanistyczne. I rzeczywiście, na moje pytanie, dlaczego jest na wycieczce realizującej program rozszerzony, pokazał palcem koleżankę humanistkę (swoją sympatię) i odpowiedział: „Ona mi kazała!”

Lubiłam uczyć grupy A – były nieliczne (do 15 osób), można było posadzić uczniów przy stolikach ustawionych w podkowę i na dwóch godzinach każdego parę razy o coś zapytać. I większość osób była zainteresowana przedmiotem. Czytali nie tylko lektury, ale inne pozycje. W końcu XX wieku „na topie” był Prawiek Olgi Tokarczuk czy Madame Libery. Wypisywałam zaświadczenie dla księgarni, że grupa A ma w lekturze Prousta, co pozwalało kupić książki ze zniżką. Naprawdę czytaliśmy spore fragmenty I tomu cyklu W poszukiwaniu straconego czasu. A dzisiaj większość uczniów nie czyta nawet tych nielicznych lektur obowiązkowych.

Jeden z uczniów grupy A potrafił wyjaśnić sens przysłowia: „Upominek jak Żmudzinek, a jak Fryz oracja”. I kto wie, że Żmudzinek to mały konik, a Fryz duży koń? A Krzyś wiedział!

Moja pierwsza wychowawcza klasa była chyba ostatnią, która miała studniówkę w szkole. Potem były już tylko różne lokale. Nie pamiętam poloneza z tej studniówki, ale zapamiętałam za to dwa inne, znacznie późniejsze. Raz tańczyłam z chłopcem z klasy humanistycznej i zapytałam go, żeby nawiązać rozmowę, czy tańczy ze mną, bo przegrał losowanie. Wcale nie wiedziałam, że było! Okazało się, że tak i ku mojemu zdumieniu ów Artur odpowiedział: „Losowanie było, ale ja się zamieniłem”. Do dziś gnębi mnie myśl, kogo wylosował pierwotnie, czy zrobił grzeczność komuś, kto nie chciał tańczyć ze mną, czy to jemu zamieniono niechcianą partnerkę. Pewnie już nigdy się nie dowiem! Kiedy miałam partnera z mojej ostatniej klasy wychowawczej, zagadnęłam go, czy garnitur, który ma na sobie, mierzył, zamiast być na lekcjach. Odpowiedział mi retorycznym pytaniem: „Ale warto było, prawda?”

Polonez to trwająca od lat tradycja. Zmienia się tylko podkład muzyczny – ostatnio najczęściej jest to polonez z filmu Pan Tadeusz, a czasem z serialu Czas honoru.

W czasie, kiedy uczyłam w Dziewiętnastce, nie było już akademii dla uczczenia różnych świąt typu 1 maja, rocznica rewolucji październikowej czy Dzień Wojska, ale różne ogólnoszkolne imprezy jednak były. Doskonale pamiętam jasełka, bo przygotowywała je klasa matematyczna, którą uczyłam. Upewnili się, czy mogą być śmieszne i skoro zapewniłam ich, że jak najbardziej, to właśnie takie zrobili. Większość szkoły, choć nie wszyscy, byli zachwyceni. Ja byłam bardzo zadowolona, że w okolicznościowej kolędzie poświęcili i mnie fragment. Napisali o moim zwyczaju, który polegał na tym, że zamiast powtarzać ciągle te same uwagi, żartobliwie mówiłam: „Komentarz nr 5 (na przykład)”. O tych komentarzach jeszcze coś napiszę.

Po jasełkach chłopcy z tej klasy poczuli się gwiazdami i przygotowali także program na studniówkę. Był to pokaz iluzji z naprawdę przerażającym numerem – wyciąganiem z oka nitki.

Tę klasę zresztą miło wspominam -święte oburzenie, że nikt mi nie pomógł wyjechać z zaśnieżonego parkingu czy napisanie palcem na moim zakurzonym samochodzie: „Serdecznie pozdrawiamy klasa III D”. Elektryk w warsztacie bardzo się zdziwił i skomentował to, zwracając się do mojego męża: „To chyba żona nie jest najgorszą nauczycielką, skoro nie zostało to wyskrobane gwoździem na karoserii”.

Może nieco zarozumiale uważam się za klasyka/ klasyczkę (?), skoro jestem cytowana. Od jednej z klas wychowawczych dostałam mosiężną tabliczkę, którą mam do dzisiaj. Na jednej stronie wyryto zdanie: „Dzieci, myślenie nie boli”, a na drugiej: „Cytat nie jest wnioskiem”. Chyba często to mówiłam. Jak wiele innych myśli. Mam w domu zdjęcia innej klasy z cytatami w „dymkach”. Na przykład: „Popatrz mi w oczy”. Kiedy omawiałam z inną klasą III cz. Dziadów Mickiewicza, nieco ironicznie zasugerowałam, że ich mottem powinien być cytat ze sceny „Salon warszawski”, który brzmi: „Przepraszam, choć umiem po polsku, ale polskich wierszy nie rozumiem”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na koszulce Krzysia w pierwszej ławce zobaczyłam to zdanie. Z tylu był chyba cytat ze mnie, ale, niestety, nie pamiętam jaki. Krzyś podobno dostał tę koszulkę na Mikołajki. Uważam, że to dowcipny prezent!

Kiedy zabrałam jedną z klas do willi Żabińskich w zoo, poradziłam, żeby potem pokazali się małpom, oczywiście po to, aby się zwierzęta nie nudziły. Prosił kiedyś o to dyrektor Kruszewicz. I młodzież chętnie to podchwyciła.

Wspomniałam na początku, że przez ponad dwadzieścia lat mojej pracy w Dziewiętnastce bardzo rozwinęła się technika komputerowa. Miało to złe i dobre strony. Mam wiele prezentacji, które ułatwiały zarówno uczniom, jak i mnie przyswajanie i przekazywanie wiedzy. Gdy odwiedziła mnie jedna z absolwentek, westchnęła: „A nam to pani rysowała”. Komputer przydał się szczególnie w okresie pandemii – wszystkie lekcje prowadziliśmy przez teamsy. Przy 30 osobach w klasie nie było to łatwo. Starłam się zdyscyplinować uczniów, aby mieli korzyść z lekcji. Ale czy to się w pełni udało? To już oni lepiej wiedzą. Ale muszę przyznać, że choć zdalna nauka wymagała dużego wysiłku, niektóre narzędzia przydały się i później – np. sprawdziany w formsach czy notatki.