Profesor Jolanta Stępień

2020 01 21 08.37.16 1

Małgorzata Dmochowska

Nauczycielka języka polskiego w XIX LO w latach 1997 - 2023

Wspomnienie o Jolancie Stępień, wieloletniej polonistce w XIX LO

Poznałyśmy się wiosną 1997 roku, kiedy rozmawiałam z dyrektorem o przejściu do XIX LO. Zaprosił do gabinetu Jolę, ja pochwaliłam autorski program z języka polskiego, ona natomiast – jak mi zdradził dyrektor – była nieco zaniepokojona moją – chciałabym powiedzieć elokwencją – ale raczej gadatliwością. Wtedy o tym nie wiedziałam. I dobrze, bo kiedy zaczęłam pracę we wrześniu, to od początku współpraca z Jolą układała się bardzo dobrze. Zwłaszcza że Jola żyła szkołą, praca była jej pasją. I nie ma w tym żadnej, najmniejszej przesady. Słowa-klucze używane przez Jolę w jej nauczycielskiej pracy to przymiotnik „twórczy”, jego pochodne i użycia w różnych kontekstach: „twórczo”, „być twórczym”, „coś twórczo robić”. Jola chciała być twórczym nauczycielem i tego samego oczekiwała od uczniów. Wielu wspomina, że nauczyła ich wrażliwości na literaturę i ojczysty język. I była nauczycielka wymagającą. Kiedy część mojej klasy znalazła się w jej grupie „B”, okazało się, że z jakiegoś sprawdzianu są prawie same „indiańskie namiociki” (wg jednej z moich uczennic), czyli jedynki.

O kreatywności Joli świadczy fakt, że była współtwórczynią programu autorskiego realizowanego w naszym liceum w latach 1992-2002. Oczywiście, jednocześnie jako polonistka uczyła wg jego zasad.

Koleżanki, które zjawiły się w szkole w połowie lat 90. (w tym i ja) i później, wspominają, jak Jola pomagała im wdrożyć się a ten program. Była osoba wspierającą, życzliwą, chętnie dzieliła się zarówno swoimi pomysłami, jaki konkretnymi pomocami, książkami, sprawdzianami. Ja sama wspaniale wspominam 10 lat naszej współpracy. Jola była osobą niezwykle solidną – terminy były zawsze dotrzymywane, a to, co obiecała, wykonywała porządnie i właśnie „twórczo”.

Jola uczestniczyła w tworzeniu autorskich egzaminów wstępnych – ostatni taki egzamin ułożyłyśmy i skserowałyśmy w pustej, po godzinach lekcji w szkole – razem. Dobrze nam się wspólnie pracowało!

Kiedy rozpoczęła się nasza współpraca, obie byłyśmy doświadczonymi nauczycielkami, ale bardzo często konsultowałyśmy swoje pomysły, proponowane oceny. U Joli potrzeba dialogu z drugim nauczycielem nie wynikła z niewiedzy czy niepewności, ale – myślę – z dążenia do tego, aby praca jej była perfekcyjna, a oceny sprawiedliwe. Czasem utwierdzałam ją w przekonaniu, że praca nie na temat jest na pewno niedostateczna, czasem broniłam pracy czy wypowiedzi maturalnej, argumentując, że czytałam/słyszałam gorsze.

Nasza współpraca była również dlatego ścisła, że byłyśmy – kiedy zaczęłam pracę w XIX LO -wychowawczyniami równoległych klas, które się zaprzyjaźniły zwłaszcza wtedy, gdy w trzeciej i czwartej klasie uczniowie spotkali się w grupach międzyklasowych, bo tak zakładał program autorski. Byłyśmy razem na wycieczce i razem z naszymi klasami przygotowywałyśmy wesołe pożegnanie klas czwartych. Nie było łatwo, bo co my uważałyśmy za śmieszne, uczniowie oceniali jako nudne. Dla nas to, co ich bawiło, było niecenzuralne. Jakoś osiągnęliśmy kompromis, ale i tak potem Jola mi szepnęła, że jedna z koleżanek poczuła się obrażona. Niełatwo być satyrykiem!

Pamiętam jedną z naszych wspólnych wycieczek, bo zobaczyłam Jolę w akcji, jako skutecznego wychowawcę.  Otóż o godzinie 3. W nocy nasi uczniowie próbowali opuścić pensjonat, aby poznać nocne życie Polanicy. Byłam pełna podziwu, jak stanowczo i spokojnie Jola rozwiązała ten problem. Umiała także uspokoić moją złość, kiedy usłyszałyśmy od przewodnika, że „najbardziej nie lubi wycieczek z Warszawy i nauczycielskich”. Wkroczyła, zanim doszło do konfliktu i wytłumaczyła mi spokojnie i po cichu, że „lepiej nic nie mówić, bo nie ma nic gorszego niż niezadowolony przewodnik”.

Bo taka właśnie była Jola – niby pesymistka przewidująca najgorsze („Kurczę, czy się uda? Będzie deszcz, zmokniemy, młodzież zachoruje”), ale w sytuacji, kiedy coś złego się działo – spokojna i racjonalna.  Nieraz byłam tego świadkiem. Bo wiele takich chwil (łącznie z odwołaniem w ostatniej chwili wycieczki przez niesolidne biuro podróży) przeżyłyśmy razem. Koleżanka porównała Jolę – jak to zawsze robią polonistki – do bohaterki Nocy i dni pani Barbary, „lepszej na złe czasy niż na dobre”. Z jedną poprawką – Jola nie była taka marudna.

Ostanie lata pokazały, że to trafne porównanie – Jola wspierała swoją córkę i wnuki (bardzo ich kochała) i dzielnie walczyła z chorobą. Znosiła przykre, inwazyjne leczenie. I choć wiele razy mówiła, że statystyka jest przeciw niej, to się nie poddawała. Jeszcze w sierpniu, kiedy wysłałyśmy jej pozdrowienia z Paryża, poprosiła o magnes na lodówkę, bo „z Paryża jeszcze nie ma”. Ucieszyła mnie ta prośba, bo pomyślałam, że to plan na życie, dowód jej optymizmu i pozytywnego myślenia. Nie kupiłam magnesu w Paryżu, bo były tandetne, ale w Chantilly. Na magnesie była miniatura braci Limbourgów, o której napisał wiersz Szymborska. Jola polonistka to doceniła. Szkoda, że cieszyła się tym już tak krótko.

Szkoła, uczenie, nawet na emeryturze, aż do końca, były dla Joli ważne i ciekawe. Często nasze – prowadzone na zupełnie prywatnym gruncie – rozmowy dotyczyły programów, ocen i w ogóle życia szkoły. I pytania Joli nie były zdawkowe, a reakcje na to, czego się dowiedziała, często bardzo ekspresywne: oburzała się na absurdy, oceniała zmiany. Kiedy jeszcze pracowała, tak samo z radością przeżywała sukcesy uczniów, a ze świętym oburzeniem przyjmowała ich lenistwo. Już na emeryturze nieraz dzwoniła do mnie, żebym pomogła zestawić bibliografię do jakiegoś tematu.

Ja sama współpracowałam z Jolą 10 lat, ale trzeba przypomnieć, że w XIX LO pracowała przez 25 lat: od 1982 do 2007.

W latach 1992-1996 była wicedyrektorką naszego liceum. I – bardzo ważne! – wielokrotnie wychowawczynią kolejnych klas. Moje własne wrażenia i – przede wszystkim – wspomnienia jej uczniów każą stwierdzić, że i w tę działkę wkładała wielką intuicję pedagogiczną, czas i serce. Do końca utrzymywała kontakt z uczniami, którzy ukończyli liceum 25 czy nawet 30 lat temu. Dziś mówią, że wprowadzała ich w dorosłe życie, uśmiechnięta i pełna empatii. Usłyszałam również, że na wycieczkach uczniowie chętnie skupiali się wokół niej, rozmawiali, nie mieli potrzeby izolacji, jak to czasem bywa w relacji uczeń-nauczyciel.

Przez wiele lat Jola spędzała z jedną z koleżanek wakacje pod namiotem na Mazurach, a towarzyszyli im uczniowie. Zawsze znalazło się wielu chętnych!

Jeden z uczniów powiedział, że Jola potrafiła dogadać się nie tylko z grzecznymi i zdolnymi, ale także z niesfornymi, jak nikt inny.

Od 1983 szkolne kroniki odnotowują coroczne przedstawienia prowadzonego przez Jolę szkolnego teatru. Świadkowie tamtych lat mówią, że zawsze byli uczniowie, którzy garnęli się do niego, dopytywali o nowe sztuki.

Żegnałam Jolę dwa razy. Ten pierwszy raz był wtedy, kiedy już nieodwołalnie rezygnowała z pracy i odchodziła na emeryturę. Ale tamto pożegnanie nie było takie smutne, bo nie straciłyśmy kontaktu – trwał on nieprzerwanie przez te lata: telefony, spotkania przy herbacie czy obiedzie, święta szkoły i jubileusze, w których Jola tak chętnie uczestniczyła, bo odbywały się w Jej liceum. Telefonowałyśmy i spotykałyśmy się także w czasie jej.  W czerwcu 2019 kilka koleżanek spotkało się z Jolą. Ostatni raz rozmawiałyśmy tuż przed Bożym Narodzeniem – czułam, że jest bardzo słaba, ale miałam nadzieję, że to nie nasza ostatnia rozmowa. I jest bardzo smutno, że tak się stało, że już takich spotkań nie będzie.

Jeden z najbardziej wzruszających wierszy Wisławy Szymborskiej zaczyna się od słów: „Umrzeć, tego nie robi się kotu”. A ja chcę sparafrazować to zdanie: „Jolu, umrzeć – tego nie robi się bliskim!”