
20.09.1926-5.07.2024
Kiedy przywołuję na pamięć profesora Jana Fabijańskiego, to widzę Go jako człowieka pryncypialnego i wiernego wartościom. Te wartości wyniósł z domu. Z rodzinnego domu wyniósł również wiarę. Wiara i wartości były ze sobą spójne. Pierwszą z wartości była realizacja powołania nauczyciela matematyki i wychowawcy. Pan profesor nauczył matematyki i wychował tysiące uczniów w większości uczniów XIX liceum, którego był przez długie lata nauczycielem i wicedyrektorem. Rozpoczął tę pracę w 1951 roku. W naszej szkole pracował z niewielkimi przerwami od 1953 roku do 2004. Był bardzo dobrym nauczycielem. Miałam przywilej bycia jego uczennicą i zdawania matury przed panem profesorem. Pamiętam taką sytuację: pan profesor obniżył mi ocenę z klasówki, a ja nie wiedziałam, gdzie popełniłam błąd. Były to odległe czasy i zapytanie nauczyciela o powód obniżenia oceny z klasówki był absolutnie niepraktykowane. Jednak to zrobiłam. Pan Profesor wyjaśnił mi błąd i dodał: „Dobrze, że o to zapytałaś”. W 1972 roku rozpoczynałam pracę w naszej szkole i Pan Profesor jako wicedyrektor, przyjmował mnie do pracy. Wiem, że postarał się w Dzielnicowym Inspektoracie Oświaty, żebym dostała pracę w naszej szkole. Podpisując umowę z władzami dzielnicy Praga-Południe jako początkująca nauczycielka nie miałam wpływu na wybór szkoły.
Pan Profesor był autorem i współautorem programów autorskich, autorem zbioru zadań, w latach 1976-81 metodykiem w zakresie matematyki przy Kuratorium Oświaty i Wychowania. Za wyjątkowe osiągnięcia w pracy dydaktycznej i wychowawczej był odznaczany Złotym Krzyżem Zasługi, nagrodą I stopnia Ministra Oświaty i Wychowania, nagrodami Kuratora Oświaty i Wychowania.
Wróćmy do wartości, które wyznawał Pan Profesor.
Taką wartością była realizacja powołania męża i ojca. Wraz z żoną wychowali trójkę dzieci. Potem przez długie lata Pan Profesor opiekował się chorującą żoną. Opiekował się również wnukami, z którymi miał wyjątkowo silne więzi i, dla których był nie tylko ukochanym dziadkiem, ale prawdziwym autorytetem. Pamiętam jak kiedyś pan profesor nie mógł przyjść na jakieś spotkanie nauczycieli, bo wnuczka wyjeżdżała na stypendium do Ameryki i On musiał ją osobiście pożegnać.
Kolejną wartością, o której należy powiedzieć była uczciwość i zgodność wypowiadanych słów z prezentowaną postawą. Konsekwencją tego były daleko idące represje w stanie wojennym. Polegały na tym, że został zwolniony z pracy w liceum i mógł być zatrudniony w szkole dla dorosłych (żeby nie mieć „złego” wpływu na młodzież). W tym czasie jego córka wraz ze swym mężem musiała emigrować z Polski. Zięć za działalność w „Solidarności” dostał „wilczy bilet”, czyli nie miał możliwości żadnej pracy w kraju. Wyjechali w stanie wojennym do Australii, gdzie zostali na stałe. Rozłąka bardzo trudna. Przecież były to czasy, w których nie było telefonów komórkowych ani internetu.
Jakże bardzo potrzebna jest nam teraz ta cecha.
Gdy przeszedł na emeryturę w wieku 78 lat bardziej służył Bogu modlitwą i cierpliwym znoszeniem ograniczeń wynikających z upływających lat.
Dziewięćdziesiąte urodziny obchodziliśmy w gronie znajomych i uczniów Pana profesora w kościele na Kobielskiej i tam składając życzenia przekształciłam „Hymn o miłości” Św. Pawła z Listu do Koryntian. We wspomnieniu o Profesorze mógłby zabrzmieć tak:
Pan profesor Jan Fabijański cierpliwy był.
Pan profesor nie zazdrościł,
nie unosił się pychą,
nie szukał swego,
nie unosił się gniewem,
nie pamiętał złego,
nie cieszył się z niesprawiedliwości, lecz współweselił z prawdą.
Wszystko znosił, wszystkiemu wierzył, we wszystkim pokładał nadzieję.
Święty Paweł kończy „Hymn o miłości”: „Miłość nigdy nie ustaje”.
Niech nasza pamięć o Profesorze Janie Fabijańskim nigdy nie ustaje.
Wspominała
Anna Kaczorowska